źródło: fotolia.com

Wszystkie staramy się utrzymywać naszą skórę w nienagannej kondycji – kupujemy kosmetyki, które już znamy i wiemy, że działają; testujemy nowości, bo a nóż ten krem okaże się lepszy od dotychczasowego; chodzimy do kosmetyczki zostawiając zarówno pieniądze jak i czas; czasem zrobimy sobie owocowo-warzywny detox, żeby dotlenić skórę i sprawić, aby była bardziej promienna; szorujemy się, peelingujemy, wklepujemy… można tak wymieniać i wymieniać. Bez końca.

Tylko co z tego, jeśli cały ten wysiłek i niemałe pieniądze idą na marne przez ten jeden (żeby tylko jeden!) okropny nawyk?

Oto lista naszych urodowych pięciu grzechów głównych!

Po pierwsze: Stare ale jare?- niby oczywiste a jednak wiele z nas ma z tym problem: używanie starych kosmetyków. Przede wszystkim dlatego, że obecnie najczęściej nie zobaczymy już daty ważności na opakowaniu tuszu czy kremu. Datę ważności producenci liczą od momentu otwarcia, a kto w dzisiejszym zabieganym świecie ma głowę, żeby spamiętać kolejne cyferki? Rada? Zapisz cieniutkim flamastrem na spodzie opakowania lub z jego boku datę otwarcia produktu. Teraz wystarczy spojrzeć na ikonę otwartego słoiczka z informacją o miesiącach przydatności i wszystko jasne! Ale – pamiętaj, że wysoka temperatura, promienie słoneczne i kontakt z bakteriami na palcach skutecznie skracają tę przydatność. Dlatego kremów z filtrem, z którymi nie rozstawałaś się na urlopie (chyba że dotyczy cię grzech nr 2!)  używaj tylko jeden sezon. Później krem nie spełnia swojej funkcji a może wręcz zaszkodzić.

Po drugie: Przez lato bez filtra - w naszym klimacie cały rok marzymy o tych dwóch gorących miesiącach, kiedy w końcu będziemy mogły wyjść ze skorupy wielu warstw swoich ciuchów. Wtedy dopada nas szał łapania bombardujących nasz kolagen promieni słonecznych, często bez filtra, bo przecież tak będzie szybciej. Wszystko po to żeby pożegnać ten mączny kolor skóry, którego nie powstydziłaby się Morticia z Rodziny Addamsów. Efekt? Poparzenia, plamy, przebarwienia, sucha łuszcząca się skóra, która jeszcze gorzej wygląda z nałożonym podkładem a po kilku sezonach…nieodwracalnie zmiany jakimi są, znienawidzone przecież, zmarszczki! Filtr przez cały rok, nawet zimą jest potrzebny, a latem? To już absolutny must have! Marzysz o miękkiej nawilżonej skórze Brazylijki? Używaj kremu z wysokim filtrem, bez którego Brazylijki nie ruszają się z domu. Jeśli chcesz mieć złocistą opaleniznę na buzi nawet bez makijażu,wystarczy, że sięgniesz po lekkie kremy brązujące, których obecnie na rynku jest masa.

Po trzecie: Teksańska masakra peelingiem mechanicznym – wszędzie można przeczytać o konieczności złuszczania martwego naskórka. Dzięki temu mamy mieć promienną cerę, zero zaskórników i wągrów, płytsze zmarszczki mimiczne…jednym słowem – wyglądać jak pupcia niemowlaka. I wszystko to prawda, jeśli tylko zachowamy umiar i odpowiednio dostosujemy środki do naszej cery. Peeling mechaniczny, szczególnie gruboziarnisty, lepiej zostawić skórze tłustej i mieszanej, szczególnie w problematycznej strefie T. Ale, jak to w życiu bywa, nic w nadmiarze! Zbyt częste szorowanie skóry peelingiem lub szczotkami do oczyszczania twarzy wzmaga pracę gruczołów łojowych i zwiększa wydzielanie sebum. Efekt? Jeszcze szybciej zatykające się pory i błyszcząca bombka w ciągu dnia zamiast nieskazitelnej cery. W przypadku cery suchej, delikatnej czy naczynkowej koniecznie odstaw wszystkie mocno inwazyjne produkty i gadżety. Delikatny peeling enzymatyczny raz w tygodniu w zupełności wystarczy, aby pozbyć się tej cieniutkiej zszarzałej warstwy naskórka.

Po czwarte: Demakijaż ze stretchingiem - w dobie szału na sport i zdrowy tryb życia, którego jesteśmy absolutnymi fankami, nie rozpędzaj się za bardzo i nie traktuj skóry twarzy jako kolejnej części swojego ciała, której serwujesz trening rozciągający. Demakijaż to absolutna konieczność, żeby skóra na lata zachowała młody wygląd, jednak musisz pamiętać o delikatności, szczególnie w okolicach oczu. Ta strefa jest o tyle trudna do demakijażu, że aplikujemy na nią najtrudniej zmywające się kosmetyki – tusz do rzęs, czarna kredka czy eyeliner w płynie. Jeśli jeszcze któryś z nich był wodoodporny, to z pewnością mamy nie lada wyzwanie przed sobą. Jeśli korzystasz z „metody wacikowej”, pod żadnym pozorem nie trzyj oczu! Nasącz wacik dobrej jakości płynem lub mleczkiem do demakijażu (najlepiej delikatnym a skutecznym płynem micelarnym), przyłóż do oka i poczekaj kilkanaście sekund aż płyn dotrze głęboko do kosmetyków kolorowych. Zamiast trzeć – przykładaj, delikatnie przyciskaj i odrywaj wacik od powierzchni skóry. Fanki demakijażu z użyciem wody koniecznie muszą zwrócić uwagę na twardość domowej wody oraz zrezygnować z mydeł czy drażniących oczy i wysuszających skórę żeli do demakijażu. Po zmyciu makijażu skórze przyda się kompres z wody termalnej, osuszenie twarzy czystym ręcznikiem (innym niż do ciała!) i nałożenie kremu nawilżającego. Nigdy więcej opadających kącików oczu.

Po piąte: Bezsenność w Seattle – słyszysz to jak mantrę: sen to podstawa regeneracji umysłu, mięśni i skóry. Dobrze, że słyszysz ale czas wprowadzić tę mantrę w życie! Każdy z nas ma swój indywidualny zegar odliczający czas potrzebny do naładowania akumulatorów. Jednak absolutnym minimum jest 7 godzin snu na dobę. Nie możemy wyspać się na zapas – jeśli prześpisz w weekend po 12 godzin a w poniedziałek już tyko 6, twój organizm już dawno nie będzie pamiętał o przyjemnościach z minionego końca tygodnia. Znowu zaczną się podkrążone, napuchnięte oczy, drażliwość (a wiadomo, że złość piękności szkodzi!), bladość skóry… To ty decydujesz o swojej urodzie a poprawianie jej przez sen, nic nie robiąc i nie wydając na to ani grosza brzmi chyba kusząco, prawda?